Rynek słuchawek dousznych żyje uporczywym mitem, który głosi, że prawdziwy dźwięk musi wejść głęboko do kanału słuchowego. Moje uszy od lat prowadzą z tym mitem prywatną wojnę i zwykle ją wygrywają. Klasyczne „pchełki” kończą u mnie zawsze tak samo: podrażnieniem uszu i cichą kapitulacją. Nauszne słuchawki? Świetne w domu i mieście, kiepskie na siłowni. Pot, ciężar i uczucie odklejenia od świata to połączenie, które skutecznie oduczyło mnie ćwiczeń przy muzyce.
Sony LinkBuds Clip miały rozwiązać ten węzeł gordyjski. Nie wchodzą do ucha. Nie siedzą na głowie. Po prostu zapinają się na uszach. Testowałem je trzy tygodnie, w niemal każdej możliwej sytuacji i od razu uprzedzę wynik: to recenzja słuchawek, które nareszcie przestały mi przeszkadzać w słuchaniu.

Pomysł na LinkBuds Clip jest prosty do opisania i trudny do podrobienia. Zamiast zatyczki wchodzącej w kanał słuchowy mamy otwartą pętlę, która oplata małżowinę uszną i lekko dotyka jej wnętrza. Nic nie blokuje słuchu. Dla kogoś takiego jak ja, z uszami protestującymi przeciwko każdej silikonowej wkładce, to właściwie cała historia sukcesu tego produktu, zanim jeszcze dojdę do dźwięku. Pojedyncza słuchawka waży około 6,4 grama. Dwie sztuki razem ważą tyle, co niewielka moneta. Etui ładujące dokłada 42 gramy i mierzy około 50 na 50 na 33 milimetry, czyli tyle, co pudełko na miętówki. Cały zestaw mieści się w kieszeni bez śladu i bez marudzenia. W pudełku znajdziemy też poduszeczki dopasowujące – niewielkie silikonowe elementy, które można doczepić dla dodatkowej stabilności, gdy uszy są drobniejsze albo dzień zapowiada się bardziej ruchliwy niż zwykle. Zakładanie sprowadza się do trzech kroków: sprawdzenia strony prawej i lewej, umieszczenia mniejszej części w uchu, a większej za nim, i ewentualnego dopięcia poduszeczki. Po chwili wprawy trwa to krócej niż zawiązanie sznurówki. Zestaw dostępny jest w czterech kolorach: klasycznej czerni, stonowanym szarobeżu, miętowej zieleni i lawendzie. Wszystkie cztery wyglądają jak coś, co można by kupić w sklepie z biżuterią, a nie w sklepie RTV. To nie jest moja osobista dygresja – to wrażenie, do którego sam wracałem przez cały test, i do którego jeszcze wrócę.
W pudełku znajdziemy:
Kabla USB-C w zestawie nie ma, więc warto mieć własny pod ręką.

Zacznę tam, gdzie zaczęła się moja motywacja do recenzji tego produktu. Siłownia to miejsce, w którym douszne „pchełki” przegrywają z potem, a nauszne słuchawki przegrywają ze swoim ciężarem i duszną komorą wokół uszu. Przez ostatnie lata po prostu ćwiczyłem w ciszy. LinkBuds Clip to zmieniły. Otwarta konstrukcja oznacza, że słyszę muzykę i jednocześnie słyszę salę. Gdy ktoś podchodzi zapytać o wymianę się seriami, nie muszę zdejmować sprzętu ani przekrzykiwać utworu. Świadomość otoczenia na siłowni to nie jest tylko wygoda. To także bezpieczeństwo. Stopień odporności IPX4 jest wystarczający, by słuchawkom nie zaszkodził pot ani przypadkowe zachlapanie, więc intensywny trening przestaje być dla nich zagrożeniem.
Czytaj też: TEST słuchawek Sony WH-1000X The Collexion – Klasyka w wersji audiofilskiej

Zakładałem, że LinkBuds Clip zostaną sprzętem wyłącznie sportowym. Pomyliłem się. Przez trzy tygodnie testów nosiłem je dosłownie wszędzie i, ku własnemu zaskoczeniu, mogłyby spokojnie pełnić funkcję jedynych słuchawek na co dzień. W mieście sprawdzają się bardzo dobrze. Otwarta konstrukcja pozwala słyszeć ruch uliczny i rozmowy wokół, a przy tym nie trzeba rezygnować z muzyki. Gdy otoczenie robi się głośniejsze, można sięgnąć po tryb wzmocnienia głosu, który podbija głośność i eksponuje mowę, dzięki czemu podcasty i muzyka nie giną w miejskim zgiełku. Moją pierwszą obawą był jednak problem odwrotny: przeciekanie dźwięku na zewnątrz. Słyszę bardzo dobrze i w dobrym brzmieniu, więc od razu założyłem, że “moje dźwięki” będą słyszeć również inni. Sony odpowiada na to trybem redukcji przenikania dźwięku, który koryguje wysokie częstotliwości odpowiedzialne za wydostawanie się dźwięku poza obudowę. Tryb działa w praktyce. Dźwięk słychać z bliska, ale nie na tyle, by przeszkadzał komukolwiek w normalnym, ludzkim dystansie. To kwestia przyzwyczajenia, nie wady konstrukcyjnej. Sama obudowa słuchawek została zresztą zaprojektowana z myślą o tym problemie, z przemyślanym rozmieszczeniem otworów, które równoważą funkcjonalność z ograniczeniem wycieku.
Za łączność odpowiada Bluetooth 5.3, ze standardowym zasięgiem do 10 metrów. W praktyce nigdy mnie nie zawiódł, nawet gdy telefon zostawiałem w innym pokoju. W biurze doceniłem z kolei połączenie wielopunktowe. Słuchawki potrafią trzymać jednoczesne połączenie z laptopem i telefonem, więc muzyka z komputera ustępuje miejsca przychodzącej rozmowie, a po jej zakończeniu wraca sama. Na co dzień łączyłem je jednak głównie z jednym urządzeniem – to funkcja, którą dobrze mieć, nawet jeśli nie korzysta się z niej codziennie.

Przy takiej konstrukcji trudno oczekiwać cudów, a jednak LinkBuds Clip potrafią zaskoczyć. Za dźwięk odpowiada 10-milimetrowy przetwornik, pracujący w paśmie od 20 Hz do 20 000 Hz. System DSEE przywraca w czasie rzeczywistym wysokie częstotliwości, które kompresja zwykle zabiera plikom muzycznym, dzięki czemu brzmienie jest bliższe temu, co zamierzył twórca nagrania. Brzmienie jest zrównoważone i naturalne, bez przesadnego basu, który przy otwartej konstrukcji i tak uciekłby w powietrze. To rozsądne podejście: zamiast walczyć z fizyką, Sony postawiło na czystość i szczegółowość. Warto też uczciwie odnotować, że słuchawki obsługują kodeki SBC i AAC, bez LDAC. Przy tej konstrukcji i grupie docelowej to jednak kompromis, którego nie odczułem w praktyce.
Czytaj też: TEST Sony ULT FIELD 5 – Nieznośny ciężar genialnych dźwięków

Sound Connect, aplikacja towarzysząca słuchawkom, jest przyjemna w obsłudze. Znajdziemy w niej 10-pasmowy korektor, dzięki któremu można samodzielnie ustawić brzmienie pod swój gust, oraz gotowe presety do szybkiego wyboru. Stamtąd też przełącza się trzy tryby słuchania: standard – zrównoważony dźwięk na co dzień; wzmocnienie głosu – podbita głośność i wyeksponowana mowa; redukcja przenikania dźwięku – ograniczenie tego, co słyszą inni. Aplikacja pozwala też dostosować czułość sterowania stuknięciami, co doceniłem szczególnie w pierwszych dniach, gdy przypadkowe dotknięcie ucha potrafiło zmienić utwór. Parowanie z telefonem z Androidem odbywa się przez funkcję Fast Pair, praktycznie jednym dotknięciem, a z komputerem z Windows przez Swift Pair. Oba rozwiązania działały bez zarzutu.

Najlepszy test zdarza się zwykle przypadkiem. Mój odbył się wczesnym rankiem, na zatłoczonym dworcu kolejowym. Szukałem tam znajomego, dzwoniąc do niego przez słuchawki, a peron przypominał w tamtej chwili ul podczas oblotu. Mimo to słyszeliśmy się nawzajem bez zakłóceń i szybko się odnaleźliśmy. To nie przypadek. Sony zastosowało w LinkBuds Clip technologię Precise Voice Pickup, dwa mikrofony oraz czujnik wykrywający wibracje mowy, który odróżnia głos od hałasu, zanim ten zdąży się z nim zmieszać. Algorytm redukcji szumów, oparty na uczeniu maszynowym, odsiewa resztę. Rezultatem jest głos, który brzmi tak, jakby rozmówca stał obok, nawet gdy w tle przetacza się pociąg.

W domowych warunkach LinkBuds Clip zaskakują wszechstronnością. Można w nich słuchać muzyki czy podcastów w tle, nie tracąc kontaktu z otoczeniem – domofon, wołanie domowników, gwizdek czajnika, wszystko dociera bez przeszkód. To zaleta, której nie doceniłem, dopóki jej nie sprawdziłem. Najbardziej polubiłem jednak zastosowanie nieco inne: słuchanie audiobooków w łóżku, tuż przed snem. Delikatny dźwięk w połączeniu z ciszą otoczenia działa kojąco w sposób, którego klasyczne słuchawki nie potrafią zaoferować – te w większym lub mniejszym stopniu zawsze odcinają od świata. LinkBuds Clip łączą oba światy naraz, i to połączenie okazało się dla mnie strzałem w dziesiątkę. Wracając do metafory biżuterii: po kilku godzinach noszenia naprawdę zapominałem, że mam je w uszach. Łapałem się na tym, że bezwiednie przełączałem się między dźwiękami, które w danym momencie były mi potrzebne. Gdy sobie o nich przypominałem, wciąż były bardziej jak kolczyki niż jak sprzęt elektroniczny. To rzadka cecha w tej kategorii produktów.

Producent deklaruje do 37 godzin działania łącznie: 9 godzin w samych słuchawkach i do 28 godzin dodatkowych doładowań z etui. Pełne naładowanie etui zajmuje około półtorej godziny, a trzy minuty pod prądem dają godzinę słuchania – to przydatne, gdy wychodzę z domu ze sprzętem, o którego naładowaniu zapomniałem. W praktyce niemal nie zaglądałem do tych liczb. Słuchawki po prostu działają, dzień po dniu, a moment, w którym proszą o etui, nadchodzi rzadziej, niż się spodziewałem. To najlepsza rekomendacja, jaką bateria może dostać: przestałem o niej myśleć. Warto dodać, że słuchawki i etui wykonane są w około dwudziestu procentach z tworzyw sztucznych pochodzących z recyklingu, a opakowanie jednostkowe obeszło się bez plastiku. Drobiazg, który nie zmienia brzmienia ani wygody, ale miło wiedzieć, że ktoś o tym pomyślał.

Uczciwość każe dodać jedno zastrzeżenie. LinkBuds Clip to słuchawki otwarte, bez aktywnej redukcji szumów. Jeśli ktoś szuka totalnej izolacji od świata – w metrze, samolocie czy open space, gdzie liczy się każdy decybel ciszy – ten model nie jest do tego zaprojektowany. To nie wada. To po prostu inna filozofia słuchania, oparta na kontakcie z otoczeniem, a nie na jego wyłączaniu.

Sony LinkBuds Clip oceniam na 10/10. Rzadko przyznaję najwyższą notę, ale w tym przypadku nie potrafię wskazać kompromisu, który realnie by mi przeszkadzał. Dostaję dostęp do dźwięków otoczenia, co w mieście i na siłowni przekłada się bezpośrednio na poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie jakość samego dźwięku nie każe mi niczego żałować. Cena wynosi obecnie około 630 złotych. Na pierwszy rzut oka to kwota, która może zaskoczyć jak na słuchawki bez ANC i bez nausznej konstrukcji. Po trzech tygodniach noszenia jestem jednak przekonany, że to uczciwa wycena, adekwatna do tego, co się w zamian otrzymuje. Polecam je każdemu, kto stanął kiedyś przed tym samym wyborem: pchełki, które drażnią uszy, czy nauszniki, które w końcu zmęczą głowę. LinkBuds Clip to trzecia droga, o której istnieniu do niedawna nawet nie wiedziałem.
