Choć wszyscy doskonale wiemy, że solidna porcja zieleniny dziennie trzyma lekarza od nas z daleka, w praktyce na naszych stołach wciąż nierzadko króluje witaminowa pustynia. Najnowsze badania obnażają kulinarną prawdę o Polakach, udowadniając, że w codziennym pędzie stanowczo zbyt rzadko romansujemy z kalafiorem i rzodkiewką.
Zgłębienie lutowego raportu przygotowanego na zlecenie sieci Kaufland przypomina lekturę thrillera dietetycznego, w którym głównym czarnym charakterem jest nasz własny brak czasu i pośpiech. Okazuje się, że niespełna połowa z nas zaprasza warzywa na codzienną ucztę, a po owoce wyciąga rękę zaledwie nieco ponad ćwierć narodu. Zamiast zalecanych przez specjalistów pięciu dorodnych porcji, zazwyczaj zadowalamy się skromnym plasterkiem pomidora na kanapce lub samotnym jabłkiem, co tworzy gigantyczną przepaść między pobożnymi życzeniami dietetyków a szarą rzeczywistością. Znana z dbania o formę gwiazd dr Paulina Ihnatowicz bije na alarm, przypominając, że kluczem do zdrowia nie są modne i drakońskie głodówki, lecz prozaiczne wpisanie pomarańczy czy ogórka na szczyt codziennej listy zakupów.

Kto zatem ratuje honor narodu w tym wyścigu po zdrowie i witalność? Tradycyjnie na straży domowych spiżarni i zdrowych talerzy stoją kobiety, znacznie częściej przemycając do jadłospisu witaminowe bomby. Prawdziwym zaskoczeniem jest jednak fakt, że to seniorzy bezapelacyjnie królują w statystykach, zawstydzając pędzących za karierą milenialsów imponująco regularnym chrupaniem owoców. Z kolei młodzi rodzice, pochłonięci dbałością o idealne, zbilansowane obiadki dla swoich pociech, sami zbyt często kończą dzień jedząc w biegu to, co akurat wpadnie im w ręce, zapominając niestety, że najlepszy przykład dla młodego pokolenia zawsze powinien iść z góry.

Na szczęście ulubiona wymówka o braku dostępu do świeżych produktów dawno straciła rację bytu, bo współczesna logistyka handlowa przypomina perfekcyjnie naoliwioną maszynę, która nie uznaje kompromisów. Produkty, które jeszcze wczesnym świtem spokojnie dojrzewały na polach jednego z niemal stu rodzimych dostawców, potrafią w ciągu niespełna doby wylądować na sklepowych półkach i kusić nasze podniebienia. Dzięki precyzyjnym systemom kontroli mikroklimatu i nieustannym audytom jakości na stoiskach, nie musimy już z utęsknieniem czekać do lata na soczystą paprykę czy chrupiące ogórki. Wystarczy jedynie odrobina silnej woli i zaplanowanie zakupów, aby na naszych talerzach wreszcie zapanowała wielobarwna i zdrowa wiosna.
