Eddie Brock i jego wewnętrzny, wiecznie głodny głos rozsądku po raz ostatni ruszają w szaloną trasę, by udowodnić, że najlepsze relacje to te najbardziej toksyczne. Jeśli myśleliście, że Wasze problemy z trudnymi lokatorami są uciążliwe, przygotujcie się na finałowe starcie z symbiozą, które od dziś można podziwiać w zaciszu własnego salonu dzięki platformie Netflix.
Po latach filmowych eksperymentów, w których czarny humor mieszał się z galonami mrocznej, pozaziemskiej mazi, nadszedł ostateczny czas na wielkie pożegnanie z najdziwniejszym duetem w superbohaterskim świecie. Trylogia, która z gracją udowodniła widzom, że zjadanie ludzkich głów można z powodzeniem przedstawić w formie lekkiej komedii o trudach współdzielenia jednego organizmu, właśnie doczekała się swojego wielkiego finału na domowych ekranach. Platforma streamingowa Netflix, w przypływie łaskawości dla wszystkich miłośników antybohaterów o nieco zbyt ostrych zębach, dorzuciła do swojej biblioteki film „Venom 3: Ostatni taniec”, pozwalając nam na nowo zanurzyć się w tej uroczo absurdalnej opowieści.

Zanim jednak oddamy się nowemu szaleństwu, warto z nutą nostalgii wspomnieć wyboistą drogę, jaką przeszedł nasz nieszczęsny, potargany przez życie dziennikarz. W pierwszej części Eddie musiał oswoić się z faktem, że stał się nosicielem wyjątkowo wygadanego kosmity, by w drugiej odsłonie próbować ułożyć sobie z nim w miarę normalną egzystencję, przerywaną jedynie drobnymi starciami z psychopatycznym Carnagem. Tym razem sielanka dobiega jednak końca, a niezwykła para zostaje zmuszona do dramatycznej ucieczki przed absolutnie każdym, kto tylko ma broń lub macki. W najnowszej odsłonie nasi bohaterowie stają się najbardziej poszukiwanymi uciekinierami we wszechświecie, ściganymi bez litości zarówno przez ziemskie siły zbrojne, jak i wyjątkowo wrogo nastawionych pobratymców Venoma, którzy pofatygowali się z głębokiego kosmosu. Fabuła niczym rozpędzony, pozbawiony hamulców pociąg pędzi ku nieuniknionej decyzji, która ma na zawsze zdefiniować ich wspólny los, serwując widzom iście wybuchowe, pełne akcji pożegnanie.

Oczywiście całe to widowisko nie miałoby racji bytu, gdyby nie fenomenalna obsada, która z godnym podziwu stoicyzmem odgrywa sceny ucieczki przed wygenerowanymi komputerowo bestiami. Tom Hardy po raz kolejny dwoi się i troi, by niezwykle wiarygodnie przedstawić człowieka prowadzącego zażarte, nierzadko wulgarne kłótnie z samym sobą, co niezmiennie stanowi największą siłę napędową tej produkcji. Na ekranie kroku dotrzymują mu między innymi Chiwetel Ejiofor oraz Juno Temple, którzy z pełnym zaangażowaniem próbują odnaleźć się w tym radosnym chaosie, utkanym z czarnej mazi, zjawiskowych eksplozji i niewybrednych żartów o degustacji ludzkich mózgów.
