Wydawało się, że Koreańczycy z Południa skupili się ostatnio wyłącznie na opływowych samochodach elektrycznych, ale oto nadjeżdża on – kanciasty i surowy Hyundai Boulder, by udowodnić, że potrafią też stworzyć rasowego wołu roboczego. Ten uroczo brutalny koncept, zaprezentowany właśnie w Nowym Jorku, to nie tylko designerska fantazja, ale bardzo namacalna obietnica pierwszego w historii marki pickupa opartego na klasycznej ramie nośnej.
Zadebiutowawszy na New York International Auto Show 2026, ten tytan bezdroży uderza w najczulsze punkty amerykańskiego snu o wolności, ogromnej przestrzeni i możliwości pociągnięcia za sobą przyczepy wielkości małego domu. Hyundai ewidentnie postanowił zagrać na nosie lokalnym potentatom, ogłaszając wszem i wobec, że produkcyjna wersja tego średniej wielkości pickupa zadebiutuje przed 2030 rokiem i będzie na wskroś amerykańska. Zaprojektowany pod palącym słońcem południowej Kalifornii, rozwijany na bezkresnych pustkowiach USA i ostatecznie tamże wyprodukowany, ma stanowić hołd dla tamtejszej motoryzacji. Co więcej, do jego budowy zostanie wykorzystana prawdziwa, amerykańska stal z hut należących do Hyundaia, co brzmi jak całkiem zgrabny biznesowy żart z nutką lokalnego patriotyzmu.

Sama sylwetka Bouldera to istna laurka dla filozofii projektowej ochrzczonej mianem „Art of Steel”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza, że ciosano go raczej toporem niż rzeźbiono dłutem, a aerodynamiką przejmowano się tu równie mocno, co ceną benzyny w Teksasie. Ta kanciasta, dwubryłowa forteca wykończona w kolorze surowego tytanu wygląda tak, jakby mogła przetrwać mniejszą apokalipsę. Wysoko osadzona kabina z dachowymi oknami typu „safari” pozwala na iście królewską obserwację okolicznych kniei, podczas gdy otwierane pod wiatr drzwi zapraszają do środka z gracją godną luksusowych limuzyn, choć do tego wnętrza raczej wniesiemy na butach sporo błota.
Inżynierowie z pewnością świetnie się bawili, wyposażając Bouldera w potężne, trzydziestosiedmiocalowe opony terenowe, które gwarantują prześwit pozwalający na bezproblemowe omijanie sporych głazów. Pełnowymiarowe koło zapasowe dumnie pręży się na dwuczęściowej tylnej klapie, a opuszczana elektrycznie szyba to nie tylko świetny sposób na przewietrzenie wnętrza po trudach wyprawy, ale i idealny otwór do przewozu wędek czy innych ponadgabarytowych łupów. Gdyby jednak jakimś cudem ktoś zdołał zgubić tę górę żelastwa w lesie, odblaskowe uchwyty i zaczepy holownicze błyskawicznie zdradzą jej pozycję w mroku.

Wnętrze tego kolosa to z kolei fascynujący miks spartańskiej wytrzymałości i nowoczesnej technologii, gdzie materiały gotowe na najgorsze traktowanie spotykają się z przemyślaną ergonomią. Na całe szczęście projektanci oparli się pokusie wsadzenia wszędzie gładkich, dotykowych ekranów, stawiając na staromodne, poczciwe przyciski i fizyczne pokrętła, które bez problemu obsłużymy w grubych rękawicach. A gdy już przedrzemy się przez strumienie o niepokojącej głębokości z pomocą wirtualnego, off-roadowego pilota na pokładzie, modułowa kabina ze składanymi stolikami pozwoli w spokoju zjeść posiłek lub odpisać na maile. Dowodzi to niezbicie, że w dzisiejszych czasach nawet ucieczka od cywilizacji wymaga przestrzeni biurowej. I chyba te same biurowe kalkulacje uświadomiły szefostwu marki, że to wszystko ma ogromny sens, bo Boulder to zapowiedź jednej z trzydziestu sześciu nowości, na które Hyundai zamierza w najbliższych latach przeznaczyć w Stanach Zjednoczonych bagatela dwadzieścia sześć miliardów dolarów.
