Mało jest rzeczy, produktów innowacyjnych, które potrafią dziś zaskoczyć. Zupełnie niespodziewanie takim odkryciem okazała się marka xtrom, która ma w swojej ofercie niezwykłe ładowarki.
Żyjemy w czasach, w których ładowarkę do smartfona musimy kupić sami – producenci uznali, że akcesoria to doskonałe źródło dodatkowego zarobku. Decyzja ta otworzyła drzwi tysiącom firm, które dziś prześcigają się w tworzeniu coraz mniejszych i szybszych modeli. W tym gąszczu marek wyróżnia się jednak Xtorm, oferując zupełnie inne podejście do tematu. Firma stworzyła uniwersalne urządzenie 3w1: szybką ładowarkę sieciową, powerbank oraz ładowarkę indukcyjną w jednym. Całość zamknięto w niezwykle praktycznej, kompaktowej obudowie ze zintegrowanym przewodem ładującym.

Holenderska marka Xtorm od lat pozycjonuje się jako producent sprzętu dla podróżników, narciarzy i cyfrowych nomadów, którzy mają tendencję do testowania wytrzymałości elektroniki w najdziwniejszych miejscach na Ziemi. Zazwyczaj serwują nam pancerne powerbanki obszyte grubą gumą, ale w przypadku modelu Xtorm 3in1 postanowili uderzyć w segment typowo biznesowo-podróżniczy. Ładowarki hybrydowe, czyli łączące w sobie wtyczkę sieciową i zintegrowany akumulator, to nie jest zupełnie nowy pomysł na rynku. Problem w tym, że starsze generacje takich gadżetów cierpiały zazwyczaj na jedną z dwóch chorób: albo oferowały mikroskopijną pojemność ogniwa, albo ładowały sprzęt z taką prędkością, że proces ten przypominał oczekiwanie na odtajnienie akt CIA. Przed przystąpieniem do pisania tego tekstu wrzuciłem Xtorma w konkretne scenariusze testowe: obciążenie maksymalne dwoma urządzeniami naraz, sprawdzanie strat energii przy ładowaniu w podróży oraz testy termiczne po godzinie pracy w gniazdku. Zobaczmy, jak ten turystyczny szwajcarski scyzoryk poradził sobie w starciu z twardymi danymi.

Zacznijmy od tego, co widzimy i czujemy po wyjęciu urządzenia z pudełka, a w nim, oprócz samej jednostki centralnej, znajdziemy welurowe etui podróżne, instrukcję oraz zestaw wymiennych adapterów wtyczek: w standardzie europejskim (EU) i brytyjskim (UK). Sam sprzęt ma postać prostopadłościanu o zaokrąglonych krawędziach, który swoimi wymiarami przypomina standardową ładowarkę do laptopa. Bryła mierzy około 8 centymetrów długości i szerokości, przy grubości oscylującej w granicach 3 centymetrów. Obudowa została wykonana z matowego, twardego plastiku o lekko chropowatej fakturze, co jest świetnym rozwiązaniem, ponieważ nie zbiera ona odcisków palców i nie rysuje się od samego patrzenia, w przeciwieństwie do urządzeń wykończonych na wysoki połysk. Muszę jednak zwrócić uwagę na wagę urządzenia, która wynosi niemal 250 gramów.

W tego typu sprzęcie nie uświadczymy oczywiście wyświetlacza AMOLED, ale producent musiał zadbać o czytelny interfejs. Na jednym z boków umieszczono fizyczny, przyjemnie klikający przycisk służący do wybudzania powerbanka, a tuż obok niego cztery klasyczne, białe diody LED. Brak dokładnego, procentowego wyświetlacza to z jednej strony mniejsze ryzyko awarii, ale z punktu widzenia User Experience wolałbym jednak wiedzieć, czy zostało mi czternaście, czy też dwadzieścia pięć procent energii, zamiast zgadywać na podstawie mrugającej, pojedynczej kropki. Na przednim panelu ulokowano dwa gniazda: klasyczne USB-A oraz nowoczesne USB-C, które obsługuje standard Power Delivery. Rozmieszczenie portów jest na tyle szerokie, że bez problemu wpiąłem tam dwa grube przewody w mocnych, nylonowych oplotach, które nie blokowały się nawzajem.

Przejdźmy do najważniejszego, czyli cyferek obdartych z marketingowej magii, bo producent deklaruje moc wyjściową na poziomie 30W. To wartość, którą określam mianem „wystarczającej dla zaawansowanego smartfona, ale marginalnej dla komputera”. W praktyce te trzydzieści watów pozwala na sprawne naładowanie telefonu takiego jak Google Pixel 9 Pro XL czy iPhone 14 Pro XL, gdzie pierwsze pięćdziesiąt procent baterii uzyskujemy w okolicach trzydziestu minut. Spróbowałem podpiąć do Xtorma również trzynastocalowego laptopa HP i sprzęt faktycznie podtrzymywał zasilanie podczas lekkiej pracy biurowej. Podczas moich prób obciążeniowych, w których zmuszałem ładowarkę do oddawania maksymalnej mocy z obu portów jednocześnie przez ponad godzinę, obudowa nagrzała się zauważalnie. Temperatury pozostawały jednak w akceptowalnych granicach, więc moc nie spadała wraz ze wzrostem ciepła. Ogromnym plusem jest funkcja „passthrough charging”, dzięki której po wpięciu do gniazdka sprzęt najpierw priorytetowo ładuje podłączony do niego telefon, a dopiero po jego nasyceniu zaczyna uzupełniać energię we własnym ogniwie.

Wbudowane ogniwo litowo-jonowe ma na papierze pojemność 10000 mAh. W przełożeniu na typowe scenariusze wyjazdowe, pozwoliło mi to na jedno pełne naładowanie wyładowanego niemal do zera flagowca z dużą baterią i „dobicie” mu jeszcze około trzydziestu pięciu procent następnego dnia. To wynik w zupełności wystarczający, aby uratować skórę podczas intensywnego dnia zwiedzania z włączonymi Mapami Google i aparatem fotograficznym. Jak to wypada na tle konkurencji? Bezpośrednim rywalem jest Anker z serią PowerCore Fusion. Modele Ankera, takie jak chociażby 733, oferują często wyższą moc przy gniazdku (nawet 65W), ale ich cena jest znacząco wyższa, a waga wymusza niemal noszenie osobnego plecaka. Z drugiej strony barykady mamy klasyczny zestaw składający się z malutkiej, 30-watowej ładowarki w technologii GaN od firmy Baseus oraz osobnego, cienkiego powerbanka. Zestaw ten zajmie podobną ilość miejsca co Xtorm, ale wymusi na nas ciągłe pamiętanie o przekładaniu i ładowaniu dwóch osobnych urządzeń, w czym recenzowany kombajn ma bezsprzeczną przewagę pod kątem wygody.

Xtorm 3in1 Travel Charger to niezwykle pragmatyczne urządzenie, które dla wielu podróżujących biznesmenów i minimalistycznych turystów okaże się absolutnym hitem. Zamiast pakować osobną ładowarkę sieciową, stertę adapterów międzynarodowych i powerbank na czarną godzinę, dostajemy wszystko zamknięte w jednej, solidnej, choć dość masywnej bryle. Urządzenie robi dokładnie to, co obiecuje producent na opakowaniu, nie udając przy tym przereklamowanej, stacji zasilania z kosmosu. Jego cena wynosi na rynku zazwyczaj w okolicach 300 do 350 złotych, co czyni go inwestycją rozsądną, jeśli weźmiemy pod uwagę koszty zakupu dobrej jakości ładowarki i banku energii osobno.
